Moi żydowscy rodzice, Moi polscy rodzice
28 czerwca 1942 roku znalazłam się w Domu Małego Dziecka im. ks. Baudouina w Warszawie. Nazywałam się Sara i miałam zaledwie kilka tygodni
Z getta wyniósł mnie i mojego brata Mojżesza Walerian Janecki. W domu dziecka nadano mi jego nazwisko, imię Teresa i datę urodzenia (7.06.1942). Datę chrztu wpisywano ołówkiem, jak innym żydowskim sierotom. Stąd powstała nazwa „ołówkowe dzieci”. Brat także otrzymał aryjskie dokumenty. Nie wiem, ile miał lat, gdzie był ukrywany i czy przeżył wojnę. Zaginął po nim wszelki ślad. Po latach dowiedziałam się, że moi żydowscy rodzice znali się z Katarzyną Janecką — pracowali razem w szpitalu na Czystem. Być może powierzyli mnie jej opiece?
Przybrana matka nigdy nie powiedziała mi prawdy. Całe życie twierdziła, że jestem jej dzieckiem
W domu Baudouina przebywałam z przerwami od lipca 1942 roku do stycznia 1945. Jedną z moich opiekunek była Katarzyna Janecka. Jesienią 1943 roku, gdy Niemcy zaczęli przeczesywać domy dziecka, opiekunka ukryła mnie na warszawskim Okęciu. W grudniu wróciłam do domu Baudouina. Po roku, pod koniec wojny Katarzyna Janecka wraz z Jadwigą Brych ponownie mnie stamtąd zabrała. Wiosną 1945 roku Katarzyna zawiozła mnie do swojej rodziny, do Krośniewic k. Kutna. Od tej chwili byłam jej córką. Po drodze z Warszawy dostałam pajdę chleba grubo posmarowaną masłem, które było wtedy wielkim rarytasem. Chciałam zostawić je sobie na deser, gdy rozpuściło się w moich rączkach, wpadłam w rozpacz. W Krośniewicach mieszkałyśmy do wyzwolenia. Gdy z obozu w Ravensbrück wróciła siostra mamy Gienia, wyjechałyśmy razem do Bielawy na Dolnym Śląsku, który po wojnie stał się największym skupiskiem polskich Żydów, którzy przeżyli Zagładę. Chodziłam do żydowskiego przedszkola, bawiłam się na podwórku z dziećmi różnych wyznań. Wspólnie obchodziliśmy święta — zaczynaliśmy od Chanuki, potem było katolickie Boże Narodzenie, a kończyliśmy w domach kolegów prawosławnych. Dzieci porozumiewały się w swoim języku, przeplatając słowa polskie, żydowskie, francuskie, a po 1948 r. także greckie. Mama była wobec mnie chłodna — nie przytulała mnie, nie całowała, nie pamiętam, by kiedykolwiek wzięła mnie na kolana. Podobnie zachowywała się później wobec moich dzieci. Znacznie bliższy kontakt miałam z ciotką Gienią. Dla mamy ważne były: praca — była fizykoterapeutką w ośrodku zdrowia, kościół, do którego chodziła dwa razy dziennie i dbanie o dom. Chodziła zawsze skromnie ubrana, w ciemne suknie z długim rękawem. Gdy pytałam ją o mojego ojca, odpowiadała, że zginął w Gross-Rosen tuż przed wyzwoleniem obozu. Wydaje mi się, że wymyśliła postać ojca, żeby nie powiedzieć mi prawdy o moim pochodzeniu. Nigdy nie wyszła za mąż. Całe życie poświęciła mnie.
Teresa Lisiewska
Ukończyła Liceum Pedagogiczne w Świdnicy, pracowała jako nauczycielka w szkole podstawowej. Należy do Stowarzyszenia „Dzieci Holocaustu” w Polsce. Ma pięcioro dzieci, troje wnuków i prawnuczkę.
Rodzice
Katarzyna Chyłek
z d. Janecka
(1907–1984)
Podczas okupacji prowadziła tajne na- uczanie, po wojnie pracowała jako re- jestratorka w przychodni. Była człowie- kiem kryształowo uczciwym i opiekuń- czym. Troszczyła się o wszystkich wokół.